02.12.2012

kontakt

Mam cos, co napewno bardzo ucieszy Babcie i Dziadka... ZDJECIA ! :D
Jörgen pozyczyl mi aparat. dlugo szukalismy baterii, potrzebne byly dwa zwykle paluszki.w koncu Kalle znalazl kilka. dal mi nowe, z paczki. te uzywane, z pilotow do telewizora, nie chcialy dzialac. duzo osob w to zaangazowalam ale wcale nie bylo mi glupio. bardzo mi zalezalo na zdjeciach.. a Dziadkowi jeszcze bardziej... :)
Prosze, tu jest link: Norsesund, Szwecja. A do tego scierzka dzwiekowa. Zakochuje sie w tych dlugasnych utworach Briana Eno... to czarodziej, ktory nie ma ciala, i sklada sie z samych dzwiekow.

Dzisiaj mija dokladnie rok, odkad Kaj jest trzezwy. Spotkalam go dzis rano w kuchni. Caly promienial. Przez caly dzien mocno swiecilo slonce i mialam wrazenie, ze wlasnie dla niego. :) Pojechal do Gothenburgu, spotkac sie ze swoja dziewczyna, spedzic fajnie dzien. pojda do kina. zabral ze soba Donne. zanim odjechal, poszlismy na polgodzinny spacer. krazylismy w poblizu stacji kolejowej i jeziora. Opowiedzial mi troche o swoim zyciu. w miare jak mowil, oczy robily mi sie coraz wieksze. Zapytalam, czy pozwolilby mi spisac swoja historie. Powiedzial, ze jasne. no wiec zrobimy to, kiedy wroci, we wtorek. powiedzialam mu ze od niedawna prowadze bloga, zainteresowal sie, mowil ze nie musze zmieniac jego imienia, ze to 'no big deal'. Prawdziwe imie Kaja brzmi: Christoffer. Szlismy oszroniona scierzka. zimno jak diabli, skostnialy mi palce. zdjecia robilam i tak, za dobre bylo swiatlo zeby nie skorzystac. caaaly dzien zlotego swiatla. caly dzien to mniej wiecej cztery godziny, bo znow obudzilam sie o jedenastej.
rozczulaja mnie Ci ludzie.. maja na tyle odwagi zeby tu przyjsc, przyznac sie do swoich uzaleznien, stanac twarza w twarz ze swoimi obawami. Nareszcie porozmawialam z Åke. Pierwszy raz dluzej.. ma trzydziesci cztery lata. zacza brac bardzo dawno, przed dwudziestka. dziesiec lat temu mial taka faze ze nie spal dwa tygodnie. na tabletkach, napalony czyms co nazywa sie java, jesli dobrze uslyszalam. byl wtedy w bangkoku. przedtem spedzil szesc miesiecy w klasztorze w Tajlandii jako mnich buddyjski. odszedl po tym, jak jego przyjaciel (takze mnich) zmarl na miejscu w wyniku ataku serca. rabali wtedy razem drewno. Åke mowi, ze przywykl do smierci przyjaciol, juz wielu mu tak umarlo. w wiekszosci jednak przez narkotyki. Dzisiaj byl w centrum handlowym, kupowali prezenty i inne przedswiateczne dyrdymalki. przyznal mi sie ze znowu dostal ataku paniki, nie wiedzial co tam robi, wszedzie pelno ludzi, tloczyli sie, pchali te wozki, .czul, ze jakos odstaje, ze za malo tam miejsca, za duzo swiatel. wyszedl, nie kupiwszy tego, po co przyszedl. na zewnatrz poczul ulge. patrze na niego. swiatlo monitora wylania jego sylwetke z polmroku. opiera sie bokiem o drzwi. ma silny, brytyjski akcent., wychowal sie w Anglii, ale na swiat przyszedl w poludniowej Arabii. Jego niebieskie oczy odbijaja duzo wiecej niz ja zobaczylam przez ostatnie miesiace. tkwi w nich swoisty bol, tesknota. ale nie widze lez. jutro porozmawiamy wiecej. pewnie w kuchni. chce go zabrac na spacer do lasu. byl na spacerze dopiero raz. wczoraj. wczesniej nie mial sily, bo schodzily z niego te prochy. odwyk... moge sobie jedynie wyobrazic jego ciezar.
cos mi sie poruszylo wczoraj. cos co do tej pory siedzialo uparte i rozdraznione. teraz rozpuszcza sie jak kakao z cukrem na dnie cieplej szlanki. i juz prawie nie ma...
wiecej milosci, wiecej empatii, wiecej dla innych.
kocham was, Ludzie, wy, ktorzy pokazujecie mi, uczycie mnie. chyle glowe. oczy szeroko otwarte. pilnuje zeby bylo wam cieplo.
dobrze jest, bo razem.



01.12.2012

sójki lecą za morze

Widzialam spadajaca gwiazde. chcialabym powiedziec ze cos takiego przydaza mi sie pierwszy raz w zyciu w grudniu, ale wlasciwie jest to drugi raz. wygladasz przez okno, a tu akurat leci meteor... niebo czyste, podobnie jak wczoraj. widac ksiezyc i duzo gwiazd. Malkolm ciagle mysli ze jest pelnia, a ja mu powtarzam ze byla dwudziestego siodmego.
sobota, ludzie sie snuja, zajmuja swoimi sprawami. w domu jest cieplo i coraz vardziej czuc swieta. Bosse slucha rock'n'rolla na caly regulator. kilka dni temu zauwazylam ze jego wlosy maja zielony odcien. chyba mialy byc blond bo bardzo sie zdziwil kiedy mu powiedzialam. dzis dla odmiany wstalam w kolo poludnia. ominelam wszystkie posilki, ale stworzylam wlasne. glownie kanapki. z serem zoltym, ketchupem i musztarda. i z sola i curry. lubie sypac duzo curry ale trzeba uwazac zeby nie wziac akurat wdechu ustami kiedy sie gryzie.
przez trzy godziny stalam w kuchni i odciskalam serduszka w piernikowym ciescie. w koncu bez imbiru i smietany kremowki. mikserem ubilam pietnastke i tez jakos wyszlo. ostatnia blache spalilam na wegiel i trzeba bylo wietrzyc kuchnie. nikt sie nie gniewal. to tez juz mi sie zdarzylo: ostatnia porcje wstawiam do piekarnika, ogarniam kuchnie, myje rece, blat, naczynia.. i wychodze. zorientowali sie chyba dopiero po godzinie. strasznie sie zestresowalam ale w sumie nie bylo czym.smakowaly im. wylozylam na okraglym talerzu i polozylam na srodku stolu zeby wszyscy mogli chrupac.
w pokoju wspolnym pali sie ogien w kominku ale jasniej swieci wielki ekran telewizora. ogladaja stand up comedians po szwedzku. ciesze sie ze nie rozumiem. chcialam dokonczyc szycie torby siedzac przy ogniu ale jest za glosno. wstaje, wychodze.
Åke dzis troche niobecny. Prawie nie rozmawia, przemyka sie na schodach. Pali chesterfieldy. raz po raz widze go jak wychodzi na ganek. ma charakterystyczna, smukla sylwetke, bardzo dlugie nogi i zawsze nosi czapke. taka troche skejtowska, troche blink 182. Na ganku, bokiem do drzwi, stoi biala, drewniana lawa a obok niej wisi popielniczka. okropny sztynk, szczegolnie kiedy powieje wiatr. usiadlam tam tylko dwa razy, zeby zdjac buty po bieganiu. i szybko sie ewakuowalam.
Mandale dokonczylam w nocy, swiatlo zgasilam o trzeciej. czasem jak cos sie zacznie, to juz trzeba skonczyc. i to jak najpredzej, poki jest flow.
Caly dzien proszyl snieg, popoludniu najmocniej. wyszlam wtedy do ogrodu, na hustawke. jeszcze bylo jasno. szklanka z jogurtem jagodowym w reku, sluchawki w uszach. ostatnio duzo slucham Tracy Chapman. albumy: telling stories i crossroads. genialna jest. zenski Bob Dylan. patrzylam na jezioro i wirujace platki sniegu. padaly wolno, nie poganiane przez wiatr. wrazenie jak ze srodka sniegowej kuli. wiecie, tej, ktora sie potrzasa i w srodku wiruje brokat z bialymi drobinkami. mialam kiedys takia kule. jesli jest duza, a platki naprawde malutkie, wtedy opadaja wolno, wolno.. i zatrzymuje sie czas.
wieczorem sklotuje na korytazu. rozciagam sie. przychodzi Malkolm. komputer, papieros, kawa, znowu rozmowa. dzwonila jego mama. widze ze jest przygnebiony. zaczyna mi sie zwierzac, potem sie wycofuje. bardzo czesto uzywa zwrotow 'nie wiem', 'nie moge', 'nie umiem', 'nie bede', 'nie chce'. widze, ze boi sie zmienic. jestem tu juz dziewiec dni. powiedzielismy sobie duzo rzeczy. uslyszal moje slowa, poznal poglady, zobaczyl skad przychodze, gdzie teraz jestem i dokad ide.
ciezko jest patrzec na kogos, kto wierzy, kiedy jestes kims, kto codziennie mysli  o tym by sie poddac..
moge juz nic nie mowic. niech po prostu wie, ze go wspieram. nawet jesli nie potrafimy pogodzic sie w slowach.
pozyczylam od Taane mate do jogi. mysle o Joannie.. kiedy cwicze, mam w glowie jej slowa. one staja sie moimi myslami, ide za nimi, sa moim przewodnikiem. mam w sobie kochajacego nauczyciela i nareszcie poczulam, ze on jest ze mna zawsze. moge cwiczyc wszedzie, w kazdych warunkach i sama siebie w ten sposob poprowadzic. dobrze mi sie oddycha po jodze. znaczna roznica.

dzisiaj nie bede pisac duzo bo wiele sie nie wydarzylo, a w glowie mam cicho..
za piec dni bede w Maladze. za dwadziescia dni konczy sie kalendarz Majow. za dwadziescia trzy dni gwiazdka. za niecale cztery miesiace bede miec dwadziescia cztery lata...

tu cos dla tych, co mysla, ze nie moga... http://youtu.be/p98KAEif3bI

30.11.2012

punkty widzenia

I'm like a shooting star I've come so far I can't go back To where I used to be

Read more: ALADDIN - A WHOLE NEW WORLD LYRICS
I'm like a shooting star
I've come so far
I can't go back 
To where I used to be

Malkolm od rana nuci ''i can see clearly now the rain is gone''. mowi ze to z filmu. tytul brzmi jakos Chinsko. ma drugi dzien wolny od pracy. wstal troche wczesniej, w dalszym ciagu wlewa w siebie hektolitry kawy.
dzis obudzilam sie o 5:20 i juz nie moglam zasnac. wstalam i spisalam mysli, ktore o to prosily. od razu lepiej.. uwolnilo sie duzo energii. na dol.. po jablko. za wszesnie na sniadanie. dopiero osma. to jeszcze noc! czesc chlopakow juz wyszla do pracy, czesc spi, czesc kreci sie po domu. pracuja, krzataja sie.. Szwedzki gwar miekko sadowi sie w uszach. oczy mam senne ale czuje sie rzeska. obeserwuje krajobraz przez okno w salonie. powietrze jest dzis wyjatkowo przejrzyste. widze poszczegolne drzewa po drugiej stronie jeziora. kapka slonca. dobra pora na spacer. chce narysowac pobliska galerie. ma fantastyczne drzwi. Kaj pozyczyl mi blok A3. dzisiaj byl juz mroz. narysowalam furtke a pozniej wejcie do galerii a pozniej zamarzly mi dlonie wiec z blokiem pod pacha wrocilam do domu.
Galeria to niska chatka o dwuspadowym dachu. drzwi frontowe sa waskie, pomalowane granatowa farba. Pan Malarz namalowal na nich trzy biale gwiazdozbiory i podpisal kazdy. pozniej wstawie tu rysunek, jesli uda sie zeskanowac. a moze zrobie zjecie pozyczonym aparatem. tez od Kaja. on jest zasobny w przydatne przedmioty, ktorych nie moglam ze soba wziac w podroz bo byly za ciezkie i nie dosc praktyczne. Kolejna rzecza, ktora mi pozyczyl, bylo opakowanie flamastrow. trzydziesci kolorow. soczyste, cienko rysujace. dobre. od razu chce sie to wyprobowac. pomysl przyszedl szybko.
umylam blat w salonie zolta scierka i tym cytrusowym plynem co psika. zapalilam kilka swieczek, znalazlam srodek kartki.. rysuje teczowa spirale rozwijajaca sie od srodka. cienkie kreski. mozolna sprawa, ale uczucie przy tym genialne.. skoncze jutro, bo lepiej mi idzie przy dziennym wietle. Chyba podaruje te mandale Åke. jak tylko zaczelam rysowac, zobaczylam ja w myslach u niego na scianie. dzisiaj przywiozl duzo rzeczy ze swojego mieszkania w Gothenburgu. jest tu dopiero dwa tygodnie. zadomawia sie. pomagalam mu wnosic po schodach. zdaje sie ze gra na keyboardzie. taki maly syntezator.. bardzo ciezki monitor macintosha, tekturowe pudla i wielka, niebieska torba z Ikei. ta plastikowa z zoltymi paskami, co wytrzymuje duze ciezary. Åke ma u siebie na parapecie kilka mosieznych figurek - w tym budde - i kilka krysztalow w roznych kolorach. bylo jeszcze cos na ksztalt kolczyka, cos srebrnego.. nie chcialam zeby bylo ze myszkuje wiec wyszlam szybko i nie zobaczylam dokladnie co to bylo.
kiedy rysowalam mandale, do glowy przyszlo mi wiele pomyslow a propos tego, jak moge sie przyczynic do przyszlorocznej Yagi. nie bede tu pisac szczegolowo, bo tego jest wiele i dopiero szkice. ale baaaardzo mnie to ekscytuje i mam nadzieje ze wyjdzie tak, jak sobie wyobrazam. :) trzeba bedzie jakos w maju wrocic do domu, zeby te rzeczy przygotowac..

Nie pieklismy w koncu pierniczkow, bo zabraklo smietany. nic dziwnego, po wczorajszym. z reszta nie bylo tez sproszkowanego imbiru i gozdzikow. niby daloby rade i bez nich, bo cynamon ma mocny smak, ale...
Taane zaproponowala, ze w zamian mozemy upiec ciasto czekoladowe, a pierniki odlozymy na inny dzien.  ale w koncu zabrala sie za mielone i to ja calkowicie pochlonelo, a ja poszlam z Malkolmem na spacer i tez wsiaklam.
Poszlismy tam, gdzie za pierwszym razem, w kierunku gestszego lasu, na lewo od wyjscia. ide prosto, a on nagle odbija w prawo. ide za nim. wchodzimy na bardziej grzazkie tereny, ciagle prowadzi nas twarda, ubita sciezka. drzewa sie zmieniaja.  maja teraz smukle, rozowe palce i dlugie zlote nitki zamiast lisci. jeszcze godzina do zmroku. bardzo cicho. nagle sie zatrzymalismy. przed nami wyroslo jezioro. o wiele mniejsze od tego, nad ktorym polozony jest osrodek, o gladkiej owalnej linii. wzdluz calego brzegu, blisko siebie, rosna wysokie swierki. ze strony, z ktorej przyszlismy, brzeg jest mniej ocieniony, to nawet cos na ksztalt polany. 5 pare metrow od wody stoja trzy prowizoryczne lawki zbite w trojkat, troche juz porosniete mchem. posrodku palenisko. zweglone patyki. Malkolm poszedl w tamta strone i usiad na wielkim omszalym glazie tuz nad woda. ja stalam ciagle w tym samym miejscu. zupelnie cicho. nie bylo slychac nic procz delikatnego stukania dzieciolow. z dwoch stron. delikatne fale na wodzie, wysokie trzciny ugiete od wiatru. wialo w moj prawy policzek. tez zaczelam sie kolysac, bardzo powoli, do tylu i w przod. otworzylam szeroko usta, wiatr dostal sie do srodka. po mojej prawej stronie roslo, a wlasciwie juz tylko stalo, wysokie martwe drzewo. sadzac po korze to dab. ale nie wiem czy jestem wystarczajaco wykwalifikowana by sadzic martwe drzewo po korze. tak czy inaczej, bylo piekne. martwe, to i coz, ale aure mialo pierwszorzedna. zachcialo mi sie jednoczesnie je naszkicowac, przytulic, zapukac w nie, pomalowac kore akrylami... stalam i dalej patrzylam. potem weszlam na molo i zaspiewalam o Pani Tego Jeziora i o Moich Szwedzkich Przodkach. to byla bardzo ladna piesn i obawiam sie, ze juz nigdy nie uczwyce jej tak, jak w tamtym momencie. od tego wlasnie sa momenty. Malkolm powiedzial ze pewnego razu przyjdzie tu pisac. nic nie odpowiedzialam. chcialam zeby uslyszal echo tych slow we wlasnej glowie i niczym sie nie sugerowal. nie pisal od smierci ojca.
Miedzy molo a brzegiem ciagnie sie waska plaszczyna calkiem nieruchomej wody. patrze w nia dlugo, przesowam reka nad tafla. takie czarne lustro, nie do konca przyjemne uczucie. surowosc tutejszych zjawisk lesno-jeziornych przenika mnie do szpiku kosci. spiewam i wyobrazam sobie niebanalnie piekna krolowa sniegu idaca boso poprzez zamarznieta wode. idzie wolno, pewnym krokiem. ma na sobie skore z brunatnego niedzwiedzia, dlugie biale wlosy upiete w kok na czubku glowy, z dlugimi pasmami wypuszczonymi luzno przy obu skroniach. waskie oczy o migdalowatym ksztalci patrza przed siebie przeciaglym, nieruchomym spojrzeniem. z nosa wydobywaja sie malenkie obloczki pary. o cos mnie pyta, ale bezglosnie. odpowiadam we wlasnym jezyku. piesn urywa sie.
kiedys bylam niespokojna przed zima. balam sie samotnosci i pustki. sniegowa cisza byla magiczna ale to co przed i po, od wielu lat wprawialo mnie w uczucie dyskomfortu. cos z tego pozostalo, ale teraz jest znacznie mniej. usmiechem przecinam mrozne powietrze plynace znad wody. nie boje sie babci zimy. moze mnie nawet pocalowac w moj rumiany ryjek. wracamy sobie powoli, omijajac blotniste kaluze pokryte cienka warstwa lodu. zaraz czwarta. niedlugo obiad. juz sie robi ciemno..

Taana spiewala dzis przed obiadem ''life is a misteeryyy'' Madonny. po obiedzie Kaj nie pomogl jej sprzatac wiec troche sie zloscila, ale pozniej pojechala do miasta, a kiedy wrocila, byla juz w znakomitym chumorze. zjadlysmy chrupiacy chlebek z margaryna i zoltym serem i znowi dostalysmy glupawki. z nia da sie tez powazniej porozmawiac. czasem spojrzy mi w oczy w taki sposob, ze na jednym oddechu wchlaniam cala prawde i prostote tego swiata. lubie spotykac takich ludzi. takich, ktorzy patrza wglab duszy, usmiechaja sie szczerze wszystkimi bezzebnymi miejscami i kiwaja powoli glowa, rozumiejac to co wazne.

dzis dostalam tez krotka lekcje Szwedzkiego. sama poprosilam. Taane zapisala na kartce piec zdan, ktore podyktowalam, a pozniej je przetlumaczyla. mam sobie przepisac i powtorzyc wymowe. jutro sprawdzimy co zapamietalam. i zrobilam mini slowniczek na tylach notesu. zrodlo: glownie szafka ze skladnikami do pieczenia. miod, maka, cynamon, soda oczyszczona, jajka, mleko. maka i mleko roznia sie tylko litera 'k' dodana na koncu. mjöl, mjölk. :>

zmykam
dzieki za odzew, Wy, ktorzy napisaliscie ! ;)

Piosenka na dzis: a whole new world. nie ma to jak pozwolic sobie na radosc

29.11.2012

Skogslykan

Upieklismy dzisiaj 48 nalesnikow. tyle na pewno - zeby dla kazdego bylo po 3 - ale jestem przekonana ze w sumie ponad 50.
Åke wlal 3 litry mleka i ani troche wody, wiec placki wychodzily miekkie i chybotliwe, trudno bylo obracac. dolalam dwie szklanki gazowanej wody i 4 wielkie lyzki maki. poszlo lepiej. olej sie skonczyl, przezucilismy sie na maslo. to wlasciwie margaryna. wychodzily bardziej zlociste i mniej zweglone ale dluzej sie piekly. Kaj zmienil mnie po poltorej godziny i wyraznie rozkoszowal sie wylewaniem masy na patelnie a pozniej przyklepywaniem lopatka w celu osiagniecia idealnego kola. mielismy z tym ubaw. i z bita smietana. Åke ubil czterdziestoprocentowke, ale to Kaj najbardziej lubi ubijanie trzepaczka, wiec musial po nim poprawic. zrobilo sie maslo. dodalismy druga smietane. generalnie.. eskalacja. prawie, bo trzeba bylo zaraz podac to wszystko. jaki taki porzadek sie zachowal.
Kaj ma nowy tatuaz. duzego czarnego pajaka na wnetrzu lewego przedramienia. na wieczor smaruje mascia, owija w celofan i zakleja tasma klejaca. mowi ze powinien to robic mniej wiecej 45 razy dziennie ale robi tylko raz. pajak blyszczy na skorze i przyprawia mnie o lekki dresz ilekroc spojrze.
podalismy obiad. zaczeli sie schodzic. ustawiamy sie w kolejce, tak jak na stolowce. w srebrnych, azurowych pojemnikach z Ikei stoja peki lyzek, nozy i widelcow. na tacy obok ustawiono rozmaite sosy. dzisiaj dolozylismy tam cos w rodzaju syropu klonowego, cukier waniliowy, wielka miche dzemu truskawkowego i jeszcze wieksza z bita smietana. aha, i jeszcze miske z cukrem. po prostu.
usiadlam przy stole z Åke. patrzymy na siebie porozumiewawczo. obydwoje mamy na talerzu po trzy nalesniki i obydwwoje wiemy ze to za duzo. ((mowi sie obydwoje czy oboje? serdecznie prosze o doedukowanie)) mowi mi ze wszyscy nazekaja na zupe, ktora zrobil. grochowa. mowia, ze za cienka. nie rozumiem po Szwedzku, rozgladam sie na boki.. Jysse wlasnie wlewa do talkerza ketchup. potem musztarde, do tego ziemniaki. z boku czeka wielki deser w postaci naszych boskich nalesnikow. robi mi sie niedobrze kiedy wyobraze sobie ze jedna osoba zje to wszystko, wiec wracam do swojego talerza.
duzo tu jedza. trzy razy dziennie a czasem jeszcze przed snem. na obiad dwa konkretne dania. konkretne to znaczy zawsze gotowane, zawsze tluste i z dodatkami. nie wiem jak wygladaja sniadania, jeszcze nie udalo mi sie wstac przed 10. niektorzy musza tu wstac o piatej zeby rano jechac do pracy. robota 6 razy w tygodniu. troche pieniedzy jest, ale tez nie trzeba az tak duzo kiedy dach nad glowa i jedzenie masz za darmo. wracaja tez okolo piatej. prosto na obiad.
Obok duzej jadalni jest druga, mniejsza. to pomieszczenie z automatem do kawy. dzis pierwszy raz widzialam jak sie go uzupelnia. otworzylo mi to oczy, bo wczesniej mialam niejasne uczucie ze jest to maszyna magiczna, samogenerujaca wszystko to co z niej wylatuje. do tego nic nie trzeba placic. obok automatu stoi blat z koszykiem pelnym chleba i bulek (takze slodkich) i mikrofalowka. wyzej mamy polke zastawiona czarnymi kubkami z firmowym logo osrodka, herbatami i roznymi przyborami ktorych sie uzywa (choc najczesciej nie potrzebuje) do robienia rannych pobudnikow i kojacych naparow wieczornych.
przy stole siedzi Malkolm z Taane i rozwiazuja krzyzowki. Taane jest tu jedyna kobieta. ma 46 lat i potezny ladunek glupawkowego poczucia humoru. smieje sie tak, ze az zaczyna harczec. smieje sie tak, ze juz nikt wokol nie ma sily sie smiac. do lez. krotko mowiac: jest tu potrzebna. Nie pytalam jeszcze z jakim problemem tu przybyla, ale podejrzewam ze z alkocholowym. tu sie lecza albo z alkocholu albo z narkotykow, a przy okazji pewnie i z innych rzeczy.. Taane rzyjechala do Norsesund latem, i w nastepne lato wyjezdza. ma dwojke dzieci w wieku 21 i 24 lata. 'Mam nadzieje ze przyjada mnie odwiedzic niedlugo' - mowi do mnie pomiedzy wydechami. 'albo ja do nich pojade na swieta.'
poszlysmy pobiegac do lasu. mamy taka petle, zajmuje okolo godziny przebycie jej calej truchtem. sczegolnie ladnie jest posrodku, kiedy dociera sie do duzego jeziora. jest takie duze, ze w mglisty dzien nie widac drugiego brzegu. na zboczu, przy zakrecie, ma dom jedna piosenkarka. jest nowoczesny ale zaprojektowany z fantazja. tu wierzyczka, tam sciecie, ganek, daszek, wykusz i inne gwiazdki. duzo okien, noca duzo drobnych, zlotych swiatelek. wewnatrz oszklonego salonu zauwazylam pianino. nie, to fortepian. olbrzymi! i caly bialy. gapie sie. zapominam o biegu. sam dom nie podoba mi sie az tak, ale ten fortepian...
Przenikliwe zimno dostalo mi sie do uczu i chyba do oczu tez. pulsuje w zatokach. Taane idzie szybko. chodzi z kijami, w butach, ktore akurat znajdzie tego dnia. maja tu mnostwo butow. cale torby. takie, w jakich wyrzuca sie smieci. mozna wybierac. w koncu w oddali widac nasz dom. mijamy wymalowana na bialo drewniana furtke prowadzaca na posesje. ktos czarnymi literami napisal na niej 'skogslykan', co oznacza' lesne szczescie'. wczesniej rozmawialysmy z Taane o tym ze w Norsesund mieszka wiele artystow roznego rodzaju. rzezbiaze, muzycy, malarze... 'A my jestesmy artystami zycia. nie musimy tego malowac. Po prostu zyjemy' mowi Taane. w duchu zatrzymuje sie na chwile, patrze na nia z uczuciem. ale juz jej nie ma, minela mnie z usmiechem pomiedzy rumiencami. na progu zdejmujemy przemoczone buty i smierdzace skarpetki. ogarnia mnie ulga i znajome uczucie spokojnej satysfakcji ktore zwykle przychodzi po biegu.
Rano przy wspolnym stole spotykam Malkolma. wyglada jakby nie przespal nocy i pije swoja mala czarna. prawdopodobnie trzecia z kolei. to jego dzien wolny. mowie mu co mi sie snilo, on ziewa i pije kawe. pokasluje, przeciera oczy.. ukladamy razem pasjansa. nowy sposob. wymyslilam zasady. pozniej on pokazuje mi jego sposob. mamy taka talie kart, ktora zawsze tu lezy. Malkolm umie szybko tasowac, robi to tak wprawnie, ze moglby zostac iluzjonista. pare dni temu pokazal mi jedna sztuczke. nie moglam go rozgryzc NI W ZAB. to mnie wkurzylo ale tez ucieszylo. tak to wlasnie jest, kiedy sie jest dzieckiem, a dorosly obraca przed toba monete, ktora nagle znika. intrygujacy fakt. magia. on to jakos robi. nie powiedzial mi jak, a ja sama doszlam pozniej do wniosku ze wcale nie chce wiedziec. Przenosimy sie do wiekszej stolowki. jest po pierwszej, ale zaczyna sie juz sciemniac. tu sie zawsze sciemnia, nawet kiedy robi sie jasno. jedyna nadzieje pokladam w tafli jeziora - kiedy nie ma mgly, ona odbija swiatlo i sprawia ze poludniowa strona domu bardziej swieci. to jednak tylko do godziny mniej wiecej trzeciej. teraz rozmawiamy o snach z wiekszym zaangazowaniem. odplywamy we wzspomnienia z dziecinstwa i porownujemy zjawiska naszych snow przedwymiotnych (to, co sni ci sie tuz zanim obudza cie okropne mdlosci). temat nas ozywia i jestesmy sobie blizsi.. o te piec minut cichej rozmowy. "a mama mowila to..., a tata robil tak..." Malcolm juz nie ma taty.  Mamy w pewnym sensie tez nie. To delikatny temat i on nie lubi o tym duzo mowic, a i ja sie rozpisze innym razem.
oprocz wymienionych postaci, w osrodku mieszka jeszcze dziesiec osob, ja - tymczasowo, i sa dwa psy: Donna i Britta. Donna nalezy do Kaja, ma 4 lata i zawadiacko macha cala soba kiedy widzi wyciagnieta w swoja strone dlon. Taane czasem z nia biega. Tutejsze trasy sa wprost stworzone do biegania. to co Natura wyprawia tu z ladem wzdloz wybrzeza nadaje sie do ekranizacji Wladcy pierscieni. chociazby. albo po prostu do archiwum moich najpiekniejszych wspomnien.


z dzisiaj na jutro

Pierwszy post. tak na probe. nie mam polskich znakow. jestem w Szwecji. Norsesund to taka mala wioska polozona nad jeziorem (a wlasciwie nad kilkoma), na zachodnim wybrzezu. Dwie minuty temu minela polnoc. w szufladzie mam jeszcze troche suszonych sliwek i zaraz kilka zjem bo zglodnialam. jutro bedziemy piec pierniczki i smazyc nalesniki. w tym roku pierwszy raz spedze swieta poza domem.. w dodatku dwudziestego pierwszego konczy sie kalendarz Majow.
u dolu wzgorza faluje nocne jezioro. byc moze dzisiaj jest pelnia. gdzies na teczowym zgromadzeniu odbywa sie Angel Walk. ktos przezywa teraz wielkie szczescie. ah.. sprawdzilam., pelnia byla wczoraj.
ide spac.. ludki kochane
bede tu pisac to i tamto. nie wiem z jaka czestotliwoscia, ale..
to byl pomysl Claudii i bardzo mi sie spodobal :)

Ps. nastepna pelnia: 28 grudnia